• Wpisów:8
  • Średnio co: 231 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 21:31
  • Licznik odwiedzin:1 265 / 2087 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
z przykrością oznajmiam że przestaję udostępniać tu opowiadanie bo to nie ma sensu. Nikt tego nie czyta a wnioskuję to po tym że nie ma komentarzy ...
Wasza Miko.
 

 
W bezruchu patrzyły, jak wskazówka zegara przeskakuje co sekundę. Siedziały przy stole w kuchni, oczekując przybycia Kevina. Nie rozmawiały. Cisza otuliła cały pokój jak mgła, przecinana tylko promieniami tyknięć zegara.

Na dźwięk domofonu Grace podniosła się z krzesła i poszła otworzyć drzwi. Gdy wróciła, podążał za nią wysoki, szczupły mężczyzna, w długim surducie, z czarnym cylindrem. Miał pociągłą, bladą twarz, lecz jego włosy były koloru iście kasztanowego, tak samo jak jego oczy. W końcu Jenny je po nim miała. Wchodząc do pokoju zdjął kapelusz i surdut. Wydawałoby się, jakby w ogóle nie zauważył obecności córki.
Grace zaproponowała kawę, on się zgodził.
Ona wstawiła wodę w czajniku, on usiadł.
Ona wyjmowała kubki z szafki, on ją obserwował.
Ona zalewała wrzątkiem kawę w proszku, on znacząco odchrząknął.
Ona zapytała o mleko, on przytaknął lekkim kiwnięciem głowy.
Ona postawiła kubki na stole, on wstał.
Ona zaskoczona zapytała w czym rzecz, on bez słowa osunął jej krzesło, wskazując, żeby usiadła.
Ona usiadła, on również.

Cała scena odbywała się w milczeniu, przerywanym jej krótkimi pytaniami. Jenny czuła, że tam nie pasowała. Jej ojciec zawsze miał szacunek do kobiet. Jej matka kochała swojego męża całym sercem, a jej miłość była jeszcze bardziej podsycana przez jego dobre maniery. No przyznajmy, któż nie lubi być dobrze traktowany? Jednak jego ignorancja wobec Jen była zaskakująca. Gdy była mała była jego oczkiem w głowie. Dziewczynka wstała i chciała wyjść, jednak zatrzymały ją słowa matki:
- Jen, nie przywitasz się z ojcem?
- Nie męcz jej, Grace. Sądzę, że powinna zająć się teraz czymś innym. To MY musimy porozmawiać. – odparł Kevin, a Jenny tylko posłusznie wyszła z kuchni.
- Nie uważasz, że trochę przesadzasz? – mężczyzna od razy przeszedł do sedna – Ma 11 lat, jest córką czarodzieja, może iść do Hogwartu, nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. – przerwał, by upić kawy – Szkoła ta jest bezpieczna, bez obaw, sam ją przecież skończyłem, tak samo jak Alec. Twoje argumenty mają się nijak do sprawy. No, chyba, że chcesz zmarnować jej umiejętności i wychować ją na mugolkę? – zapytał Kevin, lecz Grace zamiast mu odpowiedzieć zaczęła się zastanawiać, kiedy jej mąż stał się taki… obcy. Nie zachowywał się tak jak kiedyś.
- Grace? – jego głos wyrwał ją z zamyślenia – Moim zdaniem powinniśmy wysłać ją do Hogwartu. Nauczy się trochę.
- Kevin… Chyba nie muszę Ci przypominać, jak skończył nasz syn. Nasze dziecko!
- Uspokój się! – przerwał jej mężczyzna – Wiele razy o tym rozmawialiśmy, nie ma sensu tego roztrząsać. To stało się dawno!
- Czy to oznacza, że mamy nie pamiętać?! Zapomnieć, że MIELIŚMY syna?! Tak, MIELIŚMY, a nie mamy. – wykrzyczała Grace.
- Pamiętając o Alecu nie możemy zapomnieć, że mamy córkę. Grace, zostawmy przeszłość za nami.
W tym momencie kobieta nie wiedziała już o czym mówi ojciec jej dzieci. Wypowiadając te słowa patrzył jej w oczy, jakby chciał powiedzieć, że odnosi się to nie tylko do śmierci ich syna, ale też do ich rozstania.
- My mamy córkę? Zostawiłeś ją, na tyle lat! Sama ją wychowywałam! – krzyczała Grace – Bez magii. – dodała.
- Zatem może już czas, by tę magię poznała. Wiem, że nie chcesz zostać tu sama… – zaczął Kevin, lecz w tym momencie oboje usłyszeli pstryknięcie i u jego stóp pojawił się Ogryzek.
- Ogryzku! Mówiłem Ci, żebyś się tu nie pojawiał! – w uniesieniu krzyknął mężczyzna.
- Przepraszam, najjaśniejszy Panie, Ogryzek nie chciał sprawić kłopotu… – jąkał się skrzat. Grace zwróciła uwagę, że zachowuje się całkiem inaczej w towarzystwie Kevina.
- W porządku. Czy stało się coś istotnego? – burknął niezadowolony mężczyzna.
- Nie wiem, lecz musiało się stać coś bardzo poważnego. Sam dyrektor Durmstrangu odwiedził Pana dom.
- Sir Humpfrey zechciał zaszczycić mnie wizytą z wyraźnego powodu; złożyłem wymówienie z tej szkoły.
- Rzuciłeś prace? – wtrąciła się Grace.
- Tak, postanowiłem na stałe wrócić do Londynu.
- Gdzie chcesz zamieszkać?
- Praca w Durmstrangu jest bardzo dobrze płatna, przez te kilka lat udało mi się odłożyć pewną kwotę…
- Kwotę? Ahh tak, czarodziejskich pieniędzy.
- Grace, nie bądź ironiczna. Jest parę wolnych apartamentów na Pokątnej, w nawet okazyjnych cenach. Rozglądałem się już trochę.
- Bardzo dobrze, wprost genialnie! Powodzenia w nowym życiu! Ale nie mieszaj w to Jenny.
- Grace, nie wiem dlaczego nie chcesz, by nasza córka robiła to, do czego jest stworzona! Daj jej choć szansę! Skąd wiesz, że nie pokocha magii?
- Szansę? A co jeśli jej nie pokocha?
- Wtedy pozwolę zabrać ją z Hogwartu, osobiście tego dopilnuję.
- Zastanowię się nad tym. Tymczasem myślę, że powinieneś już iść.
- Może masz rację. Jak zdecydujesz, wyślij mi proszę sowę. – Kevin odwrócił się zakładając surdut. W tym momencie zauważył, że w drzwiach stoi Jenny. Przez chwile stali, wpatrując się w siebie nawzajem aż Grace przerwała milczenie:
- Ustaliliśmy z Kevinem, że… że poślemy Cię do Hogwartu na próbę.
Oboje spojrzeli na kobietę pytająco.
- Ale jeśli COKOLWIEK będzie nie w porządku, masz natychmiast mnie poinformować.
- W porządku mamo.
- Zatem postanowione! Przed rokiem szkolnym musimy się jeszcze wybrać po zakupy dla Ciebie, Jenny. – powiedział Kevin z nieukrywanym uśmiechem.
- Tak, myślę, ze tak. – powiedziała Jen, przepuszczając go w progu.
- No, trzeba poprać wszystkie Twoje ubrania! – zaczęła Grace – Choć może lepiej wybierzemy się na zakupy.
Resztę dnia spędziły na przeglądaniu garderoby Jen, śmiejąc się i jedząc popcorn.
 

 
W bezruchu patrzyły, jak wskazówka zegara przeskakuje co sekundę. Siedziały przy stole w kuchni, oczekując przybycia Kevina. Nie rozmawiały. Cisza otuliła cały pokój jak mgła, przecinana tylko promieniami tyknięć zegara.

Na dźwięk domofonu Grace podniosła się z krzesła i poszła otworzyć drzwi. Gdy wróciła, podążał za nią wysoki, szczupły mężczyzna, w długim surducie, z czarnym cylindrem. Miał pociągłą, bladą twarz, lecz jego włosy były koloru iście kasztanowego, tak samo jak jego oczy. W końcu Jenny je po nim miała. Wchodząc do pokoju zdjął kapelusz i surdut. Wydawałoby się, jakby w ogóle nie zauważył obecności córki.
Grace zaproponowała kawę, on się zgodził.
Ona wstawiła wodę w czajniku, on usiadł.
Ona wyjmowała kubki z szafki, on ją obserwował.
Ona zalewała wrzątkiem kawę w proszku, on znacząco odchrząknął.
Ona zapytała o mleko, on przytaknął lekkim kiwnięciem głowy.
Ona postawiła kubki na stole, on wstał.
Ona zaskoczona zapytała w czym rzecz, on bez słowa osunął jej krzesło, wskazując, żeby usiadła.
Ona usiadła, on również.

Cała scena odbywała się w milczeniu, przerywanym jej krótkimi pytaniami. Jenny czuła, że tam nie pasowała. Jej ojciec zawsze miał szacunek do kobiet. Jej matka kochała swojego męża całym sercem, a jej miłość była jeszcze bardziej podsycana przez jego dobre maniery. No przyznajmy, któż nie lubi być dobrze traktowany? Jednak jego ignorancja wobec Jen była zaskakująca. Gdy była mała była jego oczkiem w głowie. Dziewczynka wstała i chciała wyjść, jednak zatrzymały ją słowa matki:
- Jen, nie przywitasz się z ojcem?
- Nie męcz jej, Grace. Sądzę, że powinna zająć się teraz czymś innym. To MY musimy porozmawiać. – odparł Kevin, a Jenny tylko posłusznie wyszła z kuchni.
- Nie uważasz, że trochę przesadzasz? – mężczyzna od razy przeszedł do sedna – Ma 11 lat, jest córką czarodzieja, może iść do Hogwartu, nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. – przerwał, by upić kawy – Szkoła ta jest bezpieczna, bez obaw, sam ją przecież skończyłem, tak samo jak Alec. Twoje argumenty mają się nijak do sprawy. No, chyba, że chcesz zmarnować jej umiejętności i wychować ją na mugolkę? – zapytał Kevin, lecz Grace zamiast mu odpowiedzieć zaczęła się zastanawiać, kiedy jej mąż stał się taki… obcy. Nie zachowywał się tak jak kiedyś.
- Grace? – jego głos wyrwał ją z zamyślenia – Moim zdaniem powinniśmy wysłać ją do Hogwartu. Nauczy się trochę.
- Kevin… Chyba nie muszę Ci przypominać, jak skończył nasz syn. Nasze dziecko!
- Uspokój się! – przerwał jej mężczyzna – Wiele razy o tym rozmawialiśmy, nie ma sensu tego roztrząsać. To stało się dawno!
- Czy to oznacza, że mamy nie pamiętać?! Zapomnieć, że MIELIŚMY syna?! Tak, MIELIŚMY, a nie mamy. – wykrzyczała Grace.
- Pamiętając o Alecu nie możemy zapomnieć, że mamy córkę. Grace, zostawmy przeszłość za nami.
W tym momencie kobieta nie wiedziała już o czym mówi ojciec jej dzieci. Wypowiadając te słowa patrzył jej w oczy, jakby chciał powiedzieć, że odnosi się to nie tylko do śmierci ich syna, ale też do ich rozstania.
- My mamy córkę? Zostawiłeś ją, na tyle lat! Sama ją wychowywałam! – krzyczała Grace – Bez magii. – dodała.
- Zatem może już czas, by tę magię poznała. Wiem, że nie chcesz zostać tu sama… – zaczął Kevin, lecz w tym momencie oboje usłyszeli pstryknięcie i u jego stóp pojawił się Ogryzek.
- Ogryzku! Mówiłem Ci, żebyś się tu nie pojawiał! – w uniesieniu krzyknął mężczyzna.
- Przepraszam, najjaśniejszy Panie, Ogryzek nie chciał sprawić kłopotu… – jąkał się skrzat. Grace zwróciła uwagę, że zachowuje się całkiem inaczej w towarzystwie Kevina.
- W porządku. Czy stało się coś istotnego? – burknął niezadowolony mężczyzna.
- Nie wiem, lecz musiało się stać coś bardzo poważnego. Sam dyrektor Durmstrangu odwiedził Pana dom.
- Sir Humpfrey zechciał zaszczycić mnie wizytą z wyraźnego powodu; złożyłem wymówienie z tej szkoły.
- Rzuciłeś prace? – wtrąciła się Grace.
- Tak, postanowiłem na stałe wrócić do Londynu.
- Gdzie chcesz zamieszkać?
- Praca w Durmstrangu jest bardzo dobrze płatna, przez te kilka lat udało mi się odłożyć pewną kwotę…
- Kwotę? Ahh tak, czarodziejskich pieniędzy.
- Grace, nie bądź ironiczna. Jest parę wolnych apartamentów na Pokątnej, w nawet okazyjnych cenach. Rozglądałem się już trochę.
- Bardzo dobrze, wprost genialnie! Powodzenia w nowym życiu! Ale nie mieszaj w to Jenny.
- Grace, nie wiem dlaczego nie chcesz, by nasza córka robiła to, do czego jest stworzona! Daj jej choć szansę! Skąd wiesz, że nie pokocha magii?
- Szansę? A co jeśli jej nie pokocha?
- Wtedy pozwolę zabrać ją z Hogwartu, osobiście tego dopilnuję.
- Zastanowię się nad tym. Tymczasem myślę, że powinieneś już iść.
- Może masz rację. Jak zdecydujesz, wyślij mi proszę sowę. – Kevin odwrócił się zakładając surdut. W tym momencie zauważył, że w drzwiach stoi Jenny. Przez chwile stali, wpatrując się w siebie nawzajem aż Grace przerwała milczenie:
- Ustaliliśmy z Kevinem, że… że poślemy Cię do Hogwartu na próbę.
Oboje spojrzeli na kobietę pytająco.
- Ale jeśli COKOLWIEK będzie nie w porządku, masz natychmiast mnie poinformować.
- W porządku mamo.
- Zatem postanowione! Przed rokiem szkolnym musimy się jeszcze wybrać po zakupy dla Ciebie, Jenny. – powiedział Kevin z nieukrywanym uśmiechem.
- Tak, myślę, ze tak. – powiedziała Jen, przepuszczając go w progu.
- No, trzeba poprać wszystkie Twoje ubrania! – zaczęła Grace – Choć może lepiej wybierzemy się na zakupy.
Resztę dnia spędziły na przeglądaniu garderoby Jen, śmiejąc się i jedząc popcorn.
 

 
Jenny przebudziła się w środku nocy. Deszcz dudnił w szyby, rozpętała się burza. Było to nadzwyczajnie mokre lato. Prawie codziennie lało, stale było zimno. Nagle usłyszała cichą rozmowę. Podniosła się z łóżka próbując zlokalizować źródło hałasu, jednak po chwili głos ucichł. Nie na długo. Słyszała wyraźne słowa padające z ust kogoś zdenerwowanego. Wystraszyła się. Co ktoś robi w jej domu o tak późnej porze? Ton głosu wskazywał na to, że przybysz jest wyraźnie zaskoczony. Ku swojemu zaskoczeniu, na pytanie zadane przez gościa odpowiedział głos jej matki. Była tak zszokowana, że straciła równowagę i z impetem runęła na podłogę. Natychmiast w jej pokoju znalazła się Grace.
- Kochanie, co się stało, nic Ci nie jest? – zapytała zatroskana matka.
- Nic mi nie jest. Kim on jest? – zapytała wskazując na niską postać stojącą w drzwiach.
- To jest.. on przyjechał.. znaczy.. – plątała się Grace.
- Nazywam się Ogryzek, i nie pokazuje się palcem, młoda panno.
- Jen, to jest…
- SKRZAT DOMOWY! – wrzasnęła dziewczynka kiedy jej matka zapaliła światło i mogły się przyjrzeć nocnemu gościowi.
- Tak, jestem skrzatem domowym, nie widzę w tym nic nadzwyczajnego panienko, służę w domu szanownego Pana Waldorfa. Mój Pan przybędzie tu dzisiaj i musiałem się upewnić, że będzie miał… odpowiednie warunki. Nie pomyliłem się, standard życia daleki od…
- Co proszę? – przerwała mu Grace – Kevin nie zatrzyma się u nas na noc. Wynajmie pokój w hotelu.
- Oh… nie wiedziałem, szanowny Pan nie powiadomił mnie o tym. Nie wspomniał nawet o tym, że ma zamiar wyjechać. Dowiedziałem się przez przypadek. Całe szczęście, bo to, co by tu zastał…
- Może on chciał, żebyś tego nie wiedział? – złośliwie rzuciła Grace, chcąc, by Ogryzek jak najszybciej opuścił ich dom. Skrzat udał, że nie usłyszał kąśliwej uwagi.
- Więc… umiesz czarować, tak? – nieśmiało zapytała Jenny.
- Panienko, jestem skrzatem domowym, to raczej oczywiste.
- Gdzie jest Twoja różdżka?
- Czyżby panienka była mugolką? – zapytał z ironią Ogryzek – To wie każdy czarodziej, skrzaty nie potrzebują różdżek!
Jenny poczuła się urażona komentarzem przybysza. To dało okazję Grace do wyproszenia intruza.
- Ehm, proszę Pa… uhm, Ogryzku, nie sądzisz, że powinieneś już iść?
- Tak, czas na mnie – odparł skrzat, pstryknął palcami i… zniknął.
- No, czas wrócić do łóżka. Śpij dobrze.
- Dobrze mamo – niechętnie odpowiedziała Jenny i położyła się, przykrywając się kocem w gwiazdki.
 

 
Jenny siedząc przy biurku próbowała skupić swoje myśli na tym, co aktualnie robiła, czyli rysowaniu, lecz wydarzenia z dzisiejszego poranka skutecznie ją rozpraszały. Jej praca w założeniu miała przedstawiać drzewo jesienią, kiedy liście powoli żółkną i opadają. Po prostu ot, zwykłe drzewo. Jednak jej wyobraźnia pogalopowała i rysunek do złudzenia przypominał pewne sławetne drzewo, rosnące nieopodal pewnego zamku, nie przypadkowego zamku oczywiście, zamku, w którym młodzi ludzie są kształceni, tak, i to nie tak zwyczajnie kształceni, dość… specyficznie. Kiedy dziewczynka zorientowała się, że podświadomie nakreśliła znaną z opowieści brata Wierzbę Bijącą, natychmiast porzuciła pomysł z rysowaniem. Nagle usłyszała, że ktoś wszedł do mieszkania. Wychyliła głowę ze swojego pokoju i zobaczyła swoją matkę zdejmującą kurtkę przeciwdeszczową. Zdała sobie sprawę, że była tak zamyślona, że nawet nie usłyszała kiedy Grace wychodziła.
- Gdzie byłaś? – zapytała nieśmiało Jenny.
- Musiałam załatwić parę spraw, nic… istotnego. – odpowiedziała kobieta i ruszyła pewnym krokiem w stronę kuchni – Chcesz herbaty?
- Z chęcią. Mamo… przepraszam za dzisiejszy poranek. Mówiąc o Alecu… ja nie miałam tego na myśli. Po prostu… od tak dawna o tym marzyłam i… i… – przerwała wpatrując się w podłogę.
- Nic się nie stało. Ja nie powinnam tak reagować. To jest trudne. – odpowiedziała Grace wyjmując kubki z szafki – Nie potrafię się pogodzić ze śmiercią Twojego brata kochanie. Boję się o Ciebie.
- W Hogwarcie jest bezpiecznie! Nic nie ma prawa mi się stać. Mamo, proszę, zaufaj mi, to naprawdę porządna szkoła…
- Wiem, kochanie, wiem. Twój ojciec ją ukończył. On bardzo nalega, byś poszła do tej szkoły, jednak ja mam wiele wątp…
- Jak to nalega? Jest tu? Rozmawiałaś z nim? – przerwała jej Jeny.
- Nie, nie ma go tu. Będzie dopiero jutro rano.
- Więc jakim cudem z nim rozmawiałaś?!
- Proszek Fiuu.
- Przez tyle lat miałaś ten proszek i nawet nie pozwoliłaś mi z nim porozmawiać?!
- Ja… nie miałam tego proszku. Przecież nawet nie mamy kominka. Mam… znajomych czarodziei, którzy mi pomogli. Sama rozumiesz, to jest wyjątkowa sytuacja. Twój ojciec zresztą spodziewał się informacji, że nie jesteś… mugolką. Dla niego to bardzo ważne.
- I przyjedzie tu? Jutro?
- Tak, powiedział, że postara się jak najszybciej przybyć, jednak są pewne problemy ze świstoklikami w tej szkole, nie do pomyślenia, ale musimy się z tym pogodzić.
- W Hogwarcie nie byłoby takich problemów. Jestem tego pewna.
- Tak, oczywiście, bo Hogwart to raj na Ziemi! Może od razu wszyscy niech tam zamieszkają?! Będą bezpieczni i szczęśliwi! – rzuciła Grace i z impetem nalała wrzątku do kubka – Nie chce żebyś miała złudzenia. To nie takie idealne miejsce, do tego dyrektorka tej placówki jest poniekąd… dziwna. Ma taką kocią urodę…
- Profesor McGonagall jest uwielbiana przez uczniów i wcale nie jest dziwna.
- Jen, nie dyskutuj ze mną. Jutro przyjedzie Twój ojciec, wtedy porozmawiamy. Teraz możemy tylko dywagować – ucięła temat Grace podając Jenny herbatę.

Reszta wieczoru upłynęła rodzinie na sprzątaniu domu, z okazji „przyjazdu” gościa. Obydwie bardzo bały się tej chwili: nie wiedziały jak Kevin zareaguje na widok najukochańszych niegdyś kobiet w jego życiu. Z nadzieją na szczęśliwe zakończenie poszły spać.


Jak na dzisiaj to koniec... Postaram się wstawiać wpisy mniej więcej co kilka dni Proszę o wyrozumiałość, bo dopiero co zaczęłam pisać.
 

 
- Pobudka, wstawaj! – krzyknęła Grace wchodząc do pokoju córki. Jednym, energicznym ruchem odsłoniła zasłony i pierwsze, poranne promienie słońca wpadły do zacienionego pokoju. Spojrzała jak Manny wstaje i przeciąga się, wydając cichutkie miauknięcie. W odpowiedzi Jenny tylko naciągnęła kołdrę na głowę.
- Wstawaj, zrobiłam nasze niedzielne naleśniczki z serem, jeśli się nie pospieszysz to wystygną.
- Maaamooo, ja nie chce jeszcze wstawać, jest niedziela, środek lata… – marudziła Jenny próbując wyrwać poduszkę z rąk swojej matki – naleśniki można przecież odgrzać. Jeszcze 5 minut, proszę.
- W porządku, ale za 5 minut zapraszam do kuchni. – powiedziała Grace i z uśmiechem wyszła nie domykając za sobą drzwi. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Jenny zwabiona zapachem świeżo usmażonych naleśników ubrała kapcie-króliczki i podążyła za matką.

Gdy zasiadły do stołu i zaczęły jeść Jenny postanowiła powiedzieć Grace o liście.
- Wiesz, mamo, wczoraj, jak Cię nie było, to… – urwała.
- Co się stało córeczko? Wiesz, że możesz powiedzieć mi wszystko.
- …to przyleciała sowa.
- Sowa?
- Tak, sowa.
- I co ta sowa… robiła?
- Dała mi list. – wyszeptała cicho Jenny. Twarz matki pobladła. Wypuściła widelec z ręki. Dziewczynka nie wiedziała, co powinna zrobić, jednak po chwili Grace ocknęła się i powiedziała:
- List, list z Hogwartu, tak?
- Tak, z Hogwartu. Wiesz, co to oznacza? Że jestem czarodziejką, jak tata i jak Alec! To takie niesamowite!
- Uspokój się! To, że dostałaś list nie czyni z ciebie czarodziejki! Ta szkoła jest nie poważna! Nikt nie pytał mnie o zgodę, nikt nawet nie wpisywał Cię na listę kandydatów, a oni tak po prostu Cię przyjmują! Na podstawie czego?! Przypuszczeń?! Jak mam zgodzić się na to, by moje dziecko wyjechało gdzieś, nawet nie wiadomo dokładnie gdzie ta szkoła jest!
- Mamo, nie możesz się nie zgodzić! Takie jest właśnie moje przeznaczenie, mam nauczyć się jak posługiwać się magią, nie jestem zwyczajnym człowiekiem! Jakoś nie miałaś problemów z wysłaniem Aleca do Hogwartu! – wykrzyczała Jenny i od razu tego pożałowała. Twarz Grace wyrażała w tamtym momencie wielki żal do córki za jej słowa. Choć minęło już kilka lat od śmierci jej syna, wciąż nie potrafiła się pogodzić z tym, że odszedł i za każdym razem, gdy ktoś poruszał temat związany z Alecem ogarniał ją wielki smutek. Wstała od stołu i wyszła z kuchni głośno trzaskając drzwiami.

Jenny przez chwile siedziała w bezruchu. W głowie kłębiły jej się myśli. A co jeśli jej matka ma racje? Że przyjmują do Hogwartu każde dziecko czarodziei, a potem ewentualnie odsyłają mugoli do domu? Nie, to nie możliwe. Alec by jej powiedział. Tak, na pewno by jej powiedział. Jej zadaniem na teraz jest przekonać matkę, że nie ma się czego obawiać posyłając ją do szkoły. Zdecydowała, że da jej trochę czasu na przemyślenia. Posprzątała po niedokończonym śniadaniu i wróciła do swojego pokoju.



Proszę o szczere komentowanie!
 

 
Siedziała na parapecie w swoim pokoju, patrząc jak krople deszczu osiadają i powoli spływają po szybie. Za oknem zapadał już zmrok. Miała długie, czarne włosy, opadające na ramiona. Każdego dnia rano zaplatała je w dwa warkocze, jednak dzisiejszy dzień spędziła w domu, więc pozwoliła sobie na odrobinę swobody. Koniuszkami palców głaskała żółtawą kopertę, zaadresowaną zielonym atramentem: Pani J. Waldorf, Pokój po lewej stronie, Adam Street, Londyn. Otrzymała ją w dość nietypowy sposób, mianowicie została przyniesiona przez sowę. Czekała na ten moment przez wiele lat, z obawą, że nigdy nie otrzyma listu z Hogwartu. Znała jego treść na pamięć, tysiące razy wyobrażała sobie jak dostaje swoją własną przepustkę do raju. Jej brat, Alec, dostał taki list wiele lat temu. Słynął ze swojej inteligencji, więc jak łatwo się domyślić trafił do Ravenclawu. Pamiętała szczęście malujące się na jego twarzy za każdym razem, kiedy wspominał o szkole. Zawsze z chęcią wracał do murów Hogwartu, zarówno jako uczeń, jak i praktykant medycyny w skrzydle szpitalnym. To, że ukończył szkołę z wyróżnieniem i Owutemy poszły mu doskonale pozwoliło mu na pracę w Szpitalu św. Munga. Nie mógł się jednak długo nacieszyć wymarzoną posadą. Gdy jako świeżo upieczony uzdrowiciel robił swój pierwszy obchód na oddziale „URAZY POZAKLĘCIOWE” został zabity przez czarodzieja myślącego, że Alec jest błotoryjem próbującym go zamordować. To wydarzenie tak wstrząsnęło rodziną Waldorfów, że małżeństwo się rozpadło. Ojciec, Kevin, czarodziej czystej krwi, wyjechał do Durmstrangu by uczyć mugoloznawstwa, jako iż sam poślubił mugolkę. Pozostawił w Londynie żonę – Grace i wówczas dziewięcioletnią Jenny. Od tamtego czasu magia zniknęła z życia kobiety, a dziewczynka potajemnie nocami czytywała stare książki szkolne jej brata, starając się nie zapomnieć żadnego szczegółu z jego opowieści na temat Hogwartu i czarowania.

Jenny delikatnie zsunęła się z parapetu i odstawiła Mimbulus mimbletonię na swoje miejsce. Był to ostatni prezent, jaki otrzymała od ojca. Jej matka nalegała, by pozbyła się rośliny. Starała się zapomnieć, że to przez to, że jej syn był tym czymś, zginął, nie pozostawiając po sobie słowa pożegnania. Przez te dwa lata próbowała wykorzenić z umysłu Jenny myśl, że ona również może być czarodziejką. Nie wygrała jednak z dziecięcą wyobraźnią i marzeniami. Dziewczynka wciąż wierzyła, że chwila, w której zostanie przyjęta do Hogwartu kiedyś nastąpi. Nie pomyliła się. Obawiała się, że Grace nie zaakceptuje losu córki i nie zgodzi się na jej wyjazd do szkoły. Postanowiła poczekać z informowaniem matki do następnego dnia, więc włożyła list do drewnianego pudełka zamykanego na kłódkę i wsunęła je pod łóżko. Zsunęła śpiącego kota z kołdry, wślizgnęła się do łóżka i usnęła marząc o tym, jak odjeżdża Expresem do Hogwartu.
 

 
Witajcie!
Niechaj nastaną świetliste czasy, a mianowicie, niech moje fan fiction wyjdzie z cienia Zdecydowałam się je opublikować, by poznać Wasze opinie na ten temat. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, pomimo tego, że różni się troszkę od większości tego typu tekstów w internecie. Zatem… miłego czytania!